Gorączka zakupów za pożyczone pieniądze
2012-01-27
Wbrew pesymistycznym prognozom styczeń okazał się być dla inwestorów bardzo udany. Zdaniem Sebastiana Buczka, prezesa Quercus TFI, inwestorzy uwierzyli, że uda się przezwyciężyć kryzys dzięki zastrzykom taniej gotówki z banków centralnych
Giełdy w USA i Europie Zachodniej rosną niemal nieprzerwanie od kilku tygodni, coraz lepiej radzi sobie warszawski parkiet. Spodziewał się pan takiego udanego początku roku?
Sebastian Buczek, Quercus TFI: Ku zaskoczeniu wielu, w tym również i nas, sytuacja na rynkach finansowych w pierwszych tygodniach nowego roku ułożyła się znacznie lepiej, niż można było się spodziewać. Giełdowe indeksy zyskały po kilka procent, rentowności obligacji skarbowych w strefie euro opadły, a na rynek surowców powrócił optymizm. W grudniu nie doczekaliśmy się rajdu św. Mikołaja, za to po przełomie roku pojawił się efekt stycznia. Wprawdzie nasze indeksy nie nadgoniły zaległości wobec S&P500 czy nawet DAX-a, ale i tak nie można narzekać.
Skąd tyle optymizmu wśród inwestorów?
- Z nadziei, że to nie politycy, ale bankierzy centralni rozwiążą gros problemów, drukując na potęgę euro, dolary, franki itd. Inwestorzy zaczęli oczekiwać, że nawet Chińczycy dołożą się do zwiększenia puli płynności w globalnym systemie finansowym, ratując dynamikę chińskiego PKB. No cóż, z "prasami drukarskimi" trudno się polemizuje. Już dwa razy, przy okazji QE1 i QE2 (skup obligacji USA), to przerabialiśmy.
Odrabianie strat po jesiennych spadkach do tej pory znacznie łatwiej przychodziło dojrzałym parkietom. Co spowodowało, że nasz rynek został w tyle ?
- Najsilniejszym rynkiem w ostatnich miesiącach był rynek amerykański. Inwestorzy doceniali niezłą, w porównaniu z Europą, kondycję tamtejszej gospodarki. Umiarkowany optymizm budowały również oczekiwania na uruchomienie QE3 [skup obligacji w USA] przez Fed w przypadku zaistnienia takiej konieczności. Polskim akcjom nie sprzyjał strach przed recesją w strefie euro - partnerem gospodarczym dla wszystkich krajów naszego regionu. Dodatkowo pewne obawy związane były z działaniami podejmowanymi przez polityków. Wprowadzenie podatku w przypadku KGHM czy nagłe zmiany prezesów kluczowych spółek skarbu państwa są przykładami działań, które odstraszają inwestorów.
Możemy mówić o początku końca bessy czy, mając na uwadze wciąż nierozwiązane kłopoty strefy euro, najgorsze dopiero przed nami?
- Na razie rację mają ci, którzy wieścili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie na rynkach jest chwilowe i że giełdowe indeksy po pewnej chwili zawahania zaczną się powoli kierować na północ, czyli w górę. Jeśli faktycznie taki scenariusz zacząłby się materializować, to mielibyśmy do czynienia z dość powszechnym zaskoczeniem. Inwestorzy indywidualni opuścili bowiem rynek przy okazji załamania w III kwartale ubiegłego roku. Inwestorzy instytucjonalni, w tym my również, przygotowywali się do ewentualnej kontynuacji spadków w pierwszych miesiącach br. Widać to dobrze po alokacji OFE w akcjach - zaledwie 31 proc. (versus 37 proc. przed rokiem) przy maksymalnym limicie już na poziomie 45 proc. Zarówno zatem inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni mają sporo gotówki na kupowanie akcji. Oczywiście, aby zmącić ten coraz bardziej różowy obraz, wypadałoby dodać, że wokół nas tak naprawdę niewiele się zmieniło. Państwa strefy euro jak były zadłużone, tak są dalej. Europejscy politycy jak nie potrafili przeciwstawić się kryzysowi, tak dalej nie mają konkretnych pomysłów. Co więcej, czas płynie na niekorzyść wielu państw Zachodu. Przypomina to tykającą bombę, z tym że nikt nie ma pojęcia, kiedy i gdzie ona wybuchnie.
Sebastian Buczek, Quercus TFI: Ku zaskoczeniu wielu, w tym również i nas, sytuacja na rynkach finansowych w pierwszych tygodniach nowego roku ułożyła się znacznie lepiej, niż można było się spodziewać. Giełdowe indeksy zyskały po kilka procent, rentowności obligacji skarbowych w strefie euro opadły, a na rynek surowców powrócił optymizm. W grudniu nie doczekaliśmy się rajdu św. Mikołaja, za to po przełomie roku pojawił się efekt stycznia. Wprawdzie nasze indeksy nie nadgoniły zaległości wobec S&P500 czy nawet DAX-a, ale i tak nie można narzekać.
Skąd tyle optymizmu wśród inwestorów?
- Z nadziei, że to nie politycy, ale bankierzy centralni rozwiążą gros problemów, drukując na potęgę euro, dolary, franki itd. Inwestorzy zaczęli oczekiwać, że nawet Chińczycy dołożą się do zwiększenia puli płynności w globalnym systemie finansowym, ratując dynamikę chińskiego PKB. No cóż, z "prasami drukarskimi" trudno się polemizuje. Już dwa razy, przy okazji QE1 i QE2 (skup obligacji USA), to przerabialiśmy.
Odrabianie strat po jesiennych spadkach do tej pory znacznie łatwiej przychodziło dojrzałym parkietom. Co spowodowało, że nasz rynek został w tyle ?
- Najsilniejszym rynkiem w ostatnich miesiącach był rynek amerykański. Inwestorzy doceniali niezłą, w porównaniu z Europą, kondycję tamtejszej gospodarki. Umiarkowany optymizm budowały również oczekiwania na uruchomienie QE3 [skup obligacji w USA] przez Fed w przypadku zaistnienia takiej konieczności. Polskim akcjom nie sprzyjał strach przed recesją w strefie euro - partnerem gospodarczym dla wszystkich krajów naszego regionu. Dodatkowo pewne obawy związane były z działaniami podejmowanymi przez polityków. Wprowadzenie podatku w przypadku KGHM czy nagłe zmiany prezesów kluczowych spółek skarbu państwa są przykładami działań, które odstraszają inwestorów.
Możemy mówić o początku końca bessy czy, mając na uwadze wciąż nierozwiązane kłopoty strefy euro, najgorsze dopiero przed nami?
- Na razie rację mają ci, którzy wieścili, że sierpniowo-wrześniowe załamanie na rynkach jest chwilowe i że giełdowe indeksy po pewnej chwili zawahania zaczną się powoli kierować na północ, czyli w górę. Jeśli faktycznie taki scenariusz zacząłby się materializować, to mielibyśmy do czynienia z dość powszechnym zaskoczeniem. Inwestorzy indywidualni opuścili bowiem rynek przy okazji załamania w III kwartale ubiegłego roku. Inwestorzy instytucjonalni, w tym my również, przygotowywali się do ewentualnej kontynuacji spadków w pierwszych miesiącach br. Widać to dobrze po alokacji OFE w akcjach - zaledwie 31 proc. (versus 37 proc. przed rokiem) przy maksymalnym limicie już na poziomie 45 proc. Zarówno zatem inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni mają sporo gotówki na kupowanie akcji. Oczywiście, aby zmącić ten coraz bardziej różowy obraz, wypadałoby dodać, że wokół nas tak naprawdę niewiele się zmieniło. Państwa strefy euro jak były zadłużone, tak są dalej. Europejscy politycy jak nie potrafili przeciwstawić się kryzysowi, tak dalej nie mają konkretnych pomysłów. Co więcej, czas płynie na niekorzyść wielu państw Zachodu. Przypomina to tykającą bombę, z tym że nikt nie ma pojęcia, kiedy i gdzie ona wybuchnie.

Komentarze (18)
"zwiększenie puli płynności" jak to ładnie brzmi... Powiedzmy wprost - to kradzież w biały dzień!!!
To nie jest optymizm tylko ucieczka przed inflacja - kupuje sie cokolwiek co ma chocby minimalne szanse na nominalne wzrosty. Trzymanie pieniadzy w skarpecie w sytuacji gdy FED sypie groszem to pewna strata.
Inflacja nie musi obejmowac calego rynku jak w PRL-u - wiekszosc inflacji w Stanach przejma Chiny. Ale w takich sektorach jak bankowosc, gielda, budownictwo, obronnosc, lecznictwo, szkolnictwo i wielu innych "lokalnych" uslugach Chinczykow nie ma i wszedzie tam ceny rosna wykladniczo.