Przegląd prasy gospodarczej: Chude lata na Wall Street
2012-02-13
Stało się. Krwiopijcy z sektora bankowości nareszcie cierpią. Bankierów, którzy całą resztę gospodarki traktowali jak wirtualną grę strategiczną, w której nie trzeba ponosić realnych konsekwencji swojej dezynwoltury, dopadła rzeczywistość.
Tak przynajmniej uważa "New York Times" i przekonuje nas, że władcy wszechświata także odczuwają kryzys. Ku uciesze nas maluczkich i małodusznych zakłuło ich w najczulszym miejscu: tam, gdzie noszą portfel. Czyżby świat jednak był sprawiedliwy?
Jak Wall Street długa i szeroka, wynagrodzenia i zatrudnienie lecą na łeb na szyję. Morgan Stanley na wypłatę corocznych premii gotówkowych przeznaczył śmieszne 125 tys. dol. i ustami swego szefa Jamesa Gormana (który dostał w tym roku w akcjach o połowę mniej niż w zeszłym, bo tylko 5,1 mln dol.) zakomunikował niezadowolonym z nagród, że mogą odejść. Bank of America ściął o 75 proc. wynagrodzenia w gotówce, a resztę daje w akcjach. Goldman Sachs zmniejszył wynagrodzenia o 21 proc. i, jak pisze "Wall Street Journal", po raz pierwszy od 2008 roku cięcia dotyczą również samego szefa Lloyda Blankfeina, który dostał tylko 7 mln dol. premii w akcjach, prawie o połowę mniej niż rok temu.
Coraz częściej słyszy się, że nie wrócą już do bankowości bajeczne zarobki ery Busha. Jeden z rozmówców "NYT", analityk z Wall Street, posunął się nawet do tego, że uznał instytucje finansowe za najpierw "uduszone", a potem "wykastrowane" przez państwo, gdyż "nie mogą już tyle pożyczać co dawniej". Inny człowiek branży, zgorzkniały menedżer funduszu inwestycyjnego, narzeka, że zdolni absolwenci prestiżowych uczelni wolą dziś zaczepić się w Dolinie Krzemowej niż na Wall Street, bo tylko tam można liczyć na grubsze pieniądze. Czyżby więc się udało?
Czyż nie o to właśnie chodziło, by kosztem zysków banków ograniczyć ryzyko? Czy władze nie po to głowią się od początku kryzysu nad nowymi regulacjami rynku finansowego? Wygląda na to, że choć niektóre zapisy reformy z tzw. ustawy Dodda-Franka wejdą w życie - i to nie na pewno - dopiero w czerwcu, duch ustawy już od jakiegoś czasu kształtuje rynek. Wiele banków, antycypując zmiany przepisów, redukuje lewarowanie i własną działalność inwestycyjną. Gdy w pierwszej fazie kryzysu Fed zapewniał bankom tani pieniądz, niektórym instytucjom finansowym - takim np. jak Morgan Stanley i Goldman Sachs - opłacało się przekształcić w holdingi bankowe, by móc z tych funduszy korzystać. Dziś znalazły się w kleszczach bardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących banków.
Nadeszły chude lata. Zdaniem szefa JP Morgan Chase Jamiego Dimona niektóre produkty finansowe na dobre przeszły już do historii. Wymyślne derywaty znikają jak złoty sen. Kredyty hipoteczne odzyskały swoją tradycyjną postać. A za to wszystko banki płacą wysoką cenę.
Instytucje finansowe odnotowują najgorsze wyniki od lat. Zyski JP Morgan za czwarty kwartał spadły o 1,1 mld dolarów, Goldman Sachs o 56 proc., Bank of America o 38 proc., Morgan Stanley o 26 proc., a Citigroup o 11 proc. Ich klienci, zamiast obracać aktywami, wolą nie rozstawać się ze swoją gotówką.
Redukcje objęły nie tylko wynagrodzenia, ale i etaty. Goldman Sachs zwolnił w 2011 roku 2400 osób, płacąc średnio swoim pracownikom 367 tys. dol. rocznie, w porównaniu z 431 tys. rok wcześniej. Odeszło w tym czasie aż 50 menedżerów ze ścisłego kierownictwa. Exodus trwa.
Jednak nie wszyscy chcą wierzyć w to przepoczwarzanie się stugłowej hydry finansów. Dziennikarz śledczy Matt Taibbi z "The Rolling Stone", który wielokrotnie pisał o sektorze bankowym, uważa, że pojękujący coś o ubóstwie bankierzy to dobry żart. Ich narzekania na premie w kontekście gospodarki, gdzie miliony osób straciły domy i pracę, niewarte są niczyjej uwagi. Faktycznie spadły zyski i premie w bankowości, ale nie ma to nic wspólnego z ustawą Dodda-Franka, lecz z bardziej fundamentalnymi czynnikami, m.in. z zaprzestaniem drukowania pieniędzy przez Fed oraz z zapaścią finansową Europy, która psuje koniunkturę na całym świecie. W dodatku dynamika spadku zysków większości banków była znacznie większa niż dynamika spadku premii, więc w stosunku do wyników można powiedzieć, że udział premii wzrósł.
Ta szczypta sceptycyzmu przyda się wobec bezkrytycznego przyjęcia, z jakim spotkał się artykuł "New York Timesa", którego tezy streszcza entuzjastycznie wiele światowych gazet. Przecież, argumentuje Taibbi, zadaniem bankiera jest mieć pieczę nad cudzymi pieniędzmi. Dobre wynagrodzenie jest konsekwencją tego, że nie każdy jest godzien zaufania klienta związanego z tym szczególnym zadaniem. I właśnie to zaufanie bankierzy zawiedli całkowicie. Powinni się cieszyć, że w ogóle jeszcze cokolwiek zarabiają, a nie wypłakiwać się na ramieniu reportera "New York Timesa".
Jak Wall Street długa i szeroka, wynagrodzenia i zatrudnienie lecą na łeb na szyję. Morgan Stanley na wypłatę corocznych premii gotówkowych przeznaczył śmieszne 125 tys. dol. i ustami swego szefa Jamesa Gormana (który dostał w tym roku w akcjach o połowę mniej niż w zeszłym, bo tylko 5,1 mln dol.) zakomunikował niezadowolonym z nagród, że mogą odejść. Bank of America ściął o 75 proc. wynagrodzenia w gotówce, a resztę daje w akcjach. Goldman Sachs zmniejszył wynagrodzenia o 21 proc. i, jak pisze "Wall Street Journal", po raz pierwszy od 2008 roku cięcia dotyczą również samego szefa Lloyda Blankfeina, który dostał tylko 7 mln dol. premii w akcjach, prawie o połowę mniej niż rok temu.
Coraz częściej słyszy się, że nie wrócą już do bankowości bajeczne zarobki ery Busha. Jeden z rozmówców "NYT", analityk z Wall Street, posunął się nawet do tego, że uznał instytucje finansowe za najpierw "uduszone", a potem "wykastrowane" przez państwo, gdyż "nie mogą już tyle pożyczać co dawniej". Inny człowiek branży, zgorzkniały menedżer funduszu inwestycyjnego, narzeka, że zdolni absolwenci prestiżowych uczelni wolą dziś zaczepić się w Dolinie Krzemowej niż na Wall Street, bo tylko tam można liczyć na grubsze pieniądze. Czyżby więc się udało?
Czyż nie o to właśnie chodziło, by kosztem zysków banków ograniczyć ryzyko? Czy władze nie po to głowią się od początku kryzysu nad nowymi regulacjami rynku finansowego? Wygląda na to, że choć niektóre zapisy reformy z tzw. ustawy Dodda-Franka wejdą w życie - i to nie na pewno - dopiero w czerwcu, duch ustawy już od jakiegoś czasu kształtuje rynek. Wiele banków, antycypując zmiany przepisów, redukuje lewarowanie i własną działalność inwestycyjną. Gdy w pierwszej fazie kryzysu Fed zapewniał bankom tani pieniądz, niektórym instytucjom finansowym - takim np. jak Morgan Stanley i Goldman Sachs - opłacało się przekształcić w holdingi bankowe, by móc z tych funduszy korzystać. Dziś znalazły się w kleszczach bardziej restrykcyjnych przepisów dotyczących banków.
Nadeszły chude lata. Zdaniem szefa JP Morgan Chase Jamiego Dimona niektóre produkty finansowe na dobre przeszły już do historii. Wymyślne derywaty znikają jak złoty sen. Kredyty hipoteczne odzyskały swoją tradycyjną postać. A za to wszystko banki płacą wysoką cenę.
Instytucje finansowe odnotowują najgorsze wyniki od lat. Zyski JP Morgan za czwarty kwartał spadły o 1,1 mld dolarów, Goldman Sachs o 56 proc., Bank of America o 38 proc., Morgan Stanley o 26 proc., a Citigroup o 11 proc. Ich klienci, zamiast obracać aktywami, wolą nie rozstawać się ze swoją gotówką.
Redukcje objęły nie tylko wynagrodzenia, ale i etaty. Goldman Sachs zwolnił w 2011 roku 2400 osób, płacąc średnio swoim pracownikom 367 tys. dol. rocznie, w porównaniu z 431 tys. rok wcześniej. Odeszło w tym czasie aż 50 menedżerów ze ścisłego kierownictwa. Exodus trwa.
Jednak nie wszyscy chcą wierzyć w to przepoczwarzanie się stugłowej hydry finansów. Dziennikarz śledczy Matt Taibbi z "The Rolling Stone", który wielokrotnie pisał o sektorze bankowym, uważa, że pojękujący coś o ubóstwie bankierzy to dobry żart. Ich narzekania na premie w kontekście gospodarki, gdzie miliony osób straciły domy i pracę, niewarte są niczyjej uwagi. Faktycznie spadły zyski i premie w bankowości, ale nie ma to nic wspólnego z ustawą Dodda-Franka, lecz z bardziej fundamentalnymi czynnikami, m.in. z zaprzestaniem drukowania pieniędzy przez Fed oraz z zapaścią finansową Europy, która psuje koniunkturę na całym świecie. W dodatku dynamika spadku zysków większości banków była znacznie większa niż dynamika spadku premii, więc w stosunku do wyników można powiedzieć, że udział premii wzrósł.
Ta szczypta sceptycyzmu przyda się wobec bezkrytycznego przyjęcia, z jakim spotkał się artykuł "New York Timesa", którego tezy streszcza entuzjastycznie wiele światowych gazet. Przecież, argumentuje Taibbi, zadaniem bankiera jest mieć pieczę nad cudzymi pieniędzmi. Dobre wynagrodzenie jest konsekwencją tego, że nie każdy jest godzien zaufania klienta związanego z tym szczególnym zadaniem. I właśnie to zaufanie bankierzy zawiedli całkowicie. Powinni się cieszyć, że w ogóle jeszcze cokolwiek zarabiają, a nie wypłakiwać się na ramieniu reportera "New York Timesa".
Udostępnij link: Facebook
Najnowsze wiadomości
-
Czy Gazprom jest winny nadużyć w UE?
-
Ukraina chce eksportować gaz z łupków
-
Nord Stream ruszył pełną parą, by wystraszyć Ukrainę?
-
Transatlantycka fuzja gigant w branży elektrycznej
-
Formuła 1 zadebiutuje na giełdzie w Singapurze
-
Sposób na szybki przelew. Wystarczy podać login i hasło do swojego konta
-
Były wicepremier Rosji pokieruje naftowym gigantem
-
Szwedzkie tanie linie lotnicze bankrutem
-
Unijny szczyt pod znakiem wzrostu, Grecji i euroobligacji
-
Konto dla małej firmy: najlepiej, żeby wszystko było za darmo

Komentarze (12)
moja premia ze Morgan Stanley Barney w Los Angeles za 2011 tez byla o 10 % nizsza. W 2010 byla 250% rocznych moich zarobkow za wypracowane zyski w inwestycje w metale kolorowe, tj okolo 340 tys dolarow
Was sku...ele wieszać się powinno.............................BEZAPELACYJNIE !!!